<< >> wszystkie blogi

anathem's blog

Potwornie absurdalny blog

Magister w UK

2013-01-23 01:18:11 · Skomentuj
Krótko - zawsze chciałem coś napisać, niedawno wziąłem się za spełnianie tego marzenia. Jako, że trochę już tego mam, a koniec bliżej niż dalej, wrzucam wybrane fragmenty pod szczerą ocenę. Sto lat!!! XXX - Panie Piotrze, przed panem niepowtarzalna szansa zrobienia kariery i zarobienia dużych pieniędzy w Wielkiej Brytanii. Będzie pan pracował w eksluzywnym hotelu, dla brytyjskich elit, podszkoli pan język, ma pan niesamowitą szansę rozwoju. Po paru miesiącach może pan zostać kierownikiem zmiany, a później managerem. A potem, kto wie...Pana CV jest niezwykle imponujące, pracował pan w McDonald s, był pan barmanem przez ostatnie dwa lata. - No i studia skończyłem, socjologię! Trzy lata działałem w samorządzie studenckim, dwa lata w Amnesty International, ukończyłem kilka kursów, mam prawo jazdy, dobry angielski, szkoła muzyczna, pianino, gitara, wie pani... - ... - No, magistra mam, udzielam się tu i tam. - Mhm. A jakiego drinka by pan polecił na wysokie temperatury? - No, mojito na przykład, albo caipirinhe. - Brawo, jest pan człowiekiem, którego szukamy! Tak to mniej więcej wyglądało, długi czas przed obroną już wiedziałem, jak będzie wyglądała moja misja socjologa. *** Lot do Birmingham. Pierwszy raz leciałem samolotem. Rajanerem. Elita. Zapach trawionego alkoholu, Szła dzieweczka i Polska Biało - Czerwoni, wymęczone nieustanne unikaniem klapsów stewardessy, ciągłe pytania czemu tak drogo?. Heftający łysy dresik w koszulce Lacoste i jego różowa dziunia biegnąca za nim do toalety potrzymać go za włosy... Klasa wyższa, oni są już w UK od dwóch lat, zrobili dzieci, biorą benefity, on jest ochraniarzem w najt klubie, ona spodziewa się trzeciego dziecka, benefity zarobią im na dom za parę lat. Tak, że - generalnie - podróż całkiem spoko, oprócz ścięrpniętych nóg i modlącej się przy starcie maszyny starszej babeczki obok. Próbowałem jej tłumaczyć, że nie ma się czego bać, że co rok w wypadkach autokarów ginie kilkanaście razy więcej osób niż w katastrofach lotniczych. Nie zrozumiała, szeptała tylko płacząc biedny Mieciu, biedny Mieciu, Orbisem na Victorie ma dojechać za tydzień... Szybko minęło, tylko o co chodzi z tym klaskaniem po lądowaniu? Czy jak hydraulik przetka kibel to cała rodzina staje nad nim i klaszcze, czy jak listonosz przyniesie rencinę, to wszyscy domownicy robią meksykańską falę? Matko... Czy jak taksówkarz cię na miejsce dowiezie to konfetti rzucasz? No chyba nie, albo nie wiem, może się nie znam. Jeszcze hymn na koniec chłopcy odśpiewali. XXX Slippery Lane. Daleko z dworca nie miałem, więc dotarłem na piechotę, kilkanaście minut on foot. Wioska ładna. Jak większość w UK. Wszędzie stada baranów, ładne zadbane domki, ludzie uśmiechnięci. - Fajnie - pomyślałem. Wzgórki, pagórki, pastwiska. Spokój i nostalgia. Faktem jest, że przez cały późniejszy czas spędzony w Wielkiej Brytanii, nie widziałem brzydkiej, zaniedbanej wsi. Wszędzie trawa ładnie przycięta, liście zagrabione, samochody równo zaparkowane. Angielski szyk i porządek. Nawet pijaczków nie mają na wsi... Co innego miasta, szczególnie te średniej większości, ale o tym później. Hotel w którym miałem pracować okazał się ślicznym pałacykiem, otoczonym zielonymi polami, drzewami, sadzawkami, łabędziami etc. Pierwszą postacią jaką zobaczyłem był człowiek-kaczka. Na oko miał 25 lat lat, chudy jak patyk, blond włoski zaczesane na Adolfa. Ubrany w czarne spodnie i białą koszulę, strój służbowy. Nie wiem czy to była jakaś choroba, czy tak sobie po prostu uwidział, ale chodząc, człowiek ten kołysał się z boku na bok, unosząc głowę dziobem nosem szukając słońca w zenicie. Wyglądało to bardzo pozytywnie, tym bardziej, że o mnie mówią, że jak chodzę to wyglądam jakbym płynął. Jestem z tych co to mają małe sprężynki w stopach, i przy każdym podniesieniu jej, wybijam się trochę w górę. Kiedyś z tym walczyłem, ale ponoć dzięki temu znajomi mnie poznają z daleka, więc w sumie nieważne. Ale wracając do Kaczki, bo tak go nazwałem. Był to człowiek o niesamowicie surowej powierzchowności. Ten z gatunku na których patrzysz i wydaje Ci się, że jest non stop wkurzony, że non stop myśli o zagrożeniu jądrowym, deficycie w budżecie państwa, cenach cukru itp. I pewnie stąd to wiecznie zmierzwione, marsowe czoło. Im bliżej byłem Kaczki, tym bardziej byłem pewien, że naprawdę jest wkurwiony. Naprowadziły mnie na to dźwięki wydostające się z jego ust (tak wiem, bywam błyskotliwy...) Coś jakby połączenie krztuszącego się zimą Escorta rocznik 1995 (mam takiego na sprzedaż gdyby ktoś reflektował), z dowolnym politykiem opozycji (kiedy byś tego nie czytał drogi czytelniku, interpretuj po prostu jako aktualnej, opcja nie ma znaczenia, wszyscy są tacy sami), wygłaszającym przemówienie na temat dziury w budżecie napisane przez jego asystenta, studenta filozofii. W każdym razie, zbliżając się do Kaczki, przez chwilę myślałem, że może faktycznie ma jakieś korzenie ptasie, różne to bywały przypadki, kaczkofile też pewnie istnieją... W każdym razie im bardziej się zbliżałem, tym bardziej słyszałem tylko wściekłe: - KWAK!KWAK!KWAK! Kurna, no koleś wszedł w rolę, nie powiem... Im bardziej jednak podchodziłem, tym dźwięki stawały się wyraźniejsze. Z odległości 50 metrów słychać było już bez żadnych wątpliwości głośne, skrzeczące: - FAK!FAK!FAK! Im bliżej, tym więcej detali mogłem wychwycić: - FAK tejbles, FAK czers, FAK deserts, FAK napkins, FAK kustomers, FAK this shit!!! No nic, myślę. Podejść trzeba, nikogo innego tu nie widać. Kaczka męczył się ze złożeniem jakiegoś wielkiego stołu, takiego na jakieś 20 osób. Za każdym razem, gdy wkładał nogę z jednej jego strony, ta z drugiej wypadała. I tak w kółko Macieju. Zagaiłem więc z angielska: - Good afternoon, my name is Peter. Nice to meet you. Wzrok Kaczki nie wróżył nic dobrego. Było w nim pomieszanie sporej nienawiści, z nienawiścią bezgraniczną. Życzenie śmierci, niekoniecznie szybkiej i bezbolesnej i chęć napawania się tym widokiem godzinami. Wyprostował się, zlustrował mnie wzrokiem, od góry do dołu i od dołu do góry. A nawet z jednego boku na drugi. I z powrotem. W końcu zapytał: - New meat. When do you com from? - Em? - From com you? What you country? - Ooooh. Im from Poland. Metamorfoza jaka zaszła w Kaczce była ogromna. Mars na czole niemal zmienił się w Erosa, przynajmniej na tyle, że przestałem się obawiać śmierci przez wzrokiem przewiercenie. - No to siema ziom, po co pierdolisz po angielsku, jak tu sami swoi? Już myślałem, że znowu Ruska nam przysłali jakiegoś, żaden więcej niż tydzień z nami nie wytrzymał! Pierdolone bolszewiki, 11 września, PAMIĘTAMY!!! - 11 września? Chyba 17? - A co Ty kurna, Wyszynski jesteś, żeby mnie historii uczyć? Oglądałem sensacje XX wieku, swoje wiem. A Ruskich nienawidzę! Jeszcze brakuje, żeby nam tutaj naszą robotę zabierali... - Em, no tak... Piotrek mam na imię. - Marek jestem, z Sieradza. Czternaście osób nas tu pracuje, dziesięć z Polski, dwóch ze Słowacji, no i dwóch Angoli. No i kierowniki dwa ze Francji, jeden pedał, drugi gej, tak że uważaj. Plus kuchnia. Żabole i Angole. - Mhm. Wiesz, myślałem, że jesteś Anglikiem, tak do siebie coś mruczałeś. - Nieee, podszkalam się cały czas, chce być na managera, to muszę angielski znać, nie? - Noooo to tak, ja. Mam dobrą książke, Murphego. Przerabiam, polecam. -A kurna, będę książki czytał, tu w praktyce się chłopie trza uczyć, nie? A nie, książki. - Nom, pewnie tak... Kaczka nie wyglądał na osobę, której można cokolwiek przetłumaczyć. - A Ty co, na kogo jesteś? - Na barmana, w Polsce parę lat już byłem, doświadczenie mam... Powiedziałem to ku mojemu zdziwieniu, z niemała dumą. - Wiesz... Wczoraj jakiś typ przyjechał, miał być ogrodnikiem, ale go na barmana dali, bo brakowało, a Ty pewnie kelnerem bedziesz, bo Radek wyleciał. - ? - No Radek, wyleciał. - A co zrobił? - A... Bo chłopak nigdy serów pleśniowych nie widział i wypierdolił cały zapas do kosza... Myślał, że zepsute i mu śmierdziały. Tydzień niecały porobił. - Em... - No tu się rozumisz ni

Prolog

2012-08-21 19:20:31 · Skomentuj
Wstęp do książki, którą zawsze chciałem napisać, chciałbym poznać obiektywne opinie na temat moich wypocin. Jeśli się spodoba, mam więcej :). Prolog 28.09.2007 - Serdecznie Państwu gratuluję obrony pracy magisterskiej i uzyskania po wielu latach trudów i wyrzeczeń, wyższego wykształcenia. Od dziś, z dumą możecie się Państwo nazywać magistrami socjologii. - Profesor Kalinowski, trzeba przyznać trzymał pion tego dnia całkiem nieźle, lekko tylko opierał się o krzesło, a jego tupecik tym razem założony był prawidłową stroną. Gdyby ktoś go nie znał, mógłby być zdziwiony, że odwrócony jest w stronę okna, ale nas po 5 latach to nie dziwiło. Wciąż się łudził, że świeże powietrze zabija zapach sfermentowanej Baryłki porzeczkowej. - Socjolog to osoba szczególna w każdym społeczeństwie. To nie tylko zwykły szary trybik w machinie codziennych interakcji społecznych, to uważny obserwator życia obywatelskiego, procesów w nim zachodzących, któren społeczeństwu winien jest służyć i któremu społeczeństwo wdzięczne być winno! Mariusz Kalinowski uzyskał tytuł profersora socjologii w roku 1968, szczególne uznanie zyskał w dziedzinie socjologii miasta i prac na temat ówczesnej architektury miejskiej. W roku 2007 naszą główną lekturą do egzaminu była jego wydana w 1965 pozycja Wielkie osiedla jako szansa dla budowania nowej klasy robotniczej. Nowa Huta w liczbach. Inne jego sztandarowe publikacje to Wielką płytą w kosmos, Betonowa zieleń, czy wyjątkowy artykuł na temat zagrożeń ówczesnej wsi; Dziś amerykańska stonka, jutro portugalska biedronka?(prorok czy ki diobeł...). - Dlatego traktujcie wręczenie tego dyplomu, jako rozpoczęcie nowej misji w swoim życiu. Misji służby niełatwej, ale dającej satysfakcję. Z każdym słowem Prof. Kalinowski coraz bardziej przybliżał się do okna, czegoś jakby intensywnie, coraz intensywniej wypatrując. - Pamiętajcie, socjolog, to nie zawód. Socjolog to misja! Zza okna rozległo się intensywne szczekanie. - O, Castells się w końcu przypałętał, znowu pewnie podupcył, tak mu się ogon cieszy, nic tylko dupcy i dupcy... Skurwesyn stary jeden. A potem do mnie paniusie przychodzą, że ich Yorki koślawe... Castells to 11 letni czarno czarno kundel bez ucha, który zalatywał porzeczką tak samo jak Pan profesor. Proces oceniania egzaminów pisemnych u Kalinowskiego wyglądał tak, że zamykał się z Castellsem sam na sam w pokoju. Wypijali kilka baryłek porzeczkowych, po czym następowała wstępna selekcja prac. Wstępna selekcja polegała na tym, że Kalinowski podrzucał wszystkie prace wysoko do góry, te które opadły nazwiskiem do dołu, od razu były niezaliczone. Dobry socjolog nie może być pechowcem zwykł mawiać profesor, dlatego delikwenci tacy, nie mieli możliwości poprawki ustnej egzaminu. No chyba, że wykupili cały zestaw lektur autorstwa Pana Profesora, wtedy była nawet szansa na 4,5... - No, to ja uciekam. Gratuluję! Pamiętajcie o misji!!! *************************************************** - To co, jakieś piwko wieczorem, nie? spytał Kamil. - No to chybaszka... - odpowiedział Mebel. - Luzz rzucił Procek. Jojek tylko przewrócił oczami, dla niego było to oczywiste zanim przyjęli go na pierwszy rok. - Ja nie dam rady... powiedziałem. -??? - O 2 mam samolot do Birmingham, będę barmanem w jakiejś angielskiej dziurze... - No tak, my z Meblem i Jojkiem dopiero za tydzień, mamy nagraną robotę w sortowni warzyw. stwierdził Procek. - A ja zostaję podsumował Kamil - mam ciotkę w Urzędzie.
Najpopularniejsze posty
Moje pliki
Statsy bloga
  • Postów: 0
  • Komentarzy: 0
  • Odsłon: 6828

Napędzana humorem dzięki Joe Monsterowi